15 lat temu zmarł Guy Mitchell

Wpis miał być kompletnie o czymś innym – o orzeszkach 😀 Orzeszki odeszły w zapomnienie z chwilą spojrzenia na kalendarz. 1 lipca. To dziś.

                        \22 lutego 1927 – 1 lipca 1999\

Kim był dla mnie? Przede wszystkim piosenkarzem „amerykańskiego disco polo country”. Trudno cokolwiek powiedzieć o człowieku, którego nie widziało się na oczy, a poznaje się go jedynie przez pryzmat twórczości i krótkich biografii umieszczonych na opakowaniu albumów. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że przejechałem się w ten sposób na jednym z artystów XX wieku, który ze zdjęć wyglądał na miłego pana w średnim wieku, a kiedy spojrzało się na książkową biografię okazywał się być…

No właśnie?

Co można powiedzieć o Guy’u Mitchellu, czy raczej Albercie George’u Cerniku, pochodzącym z chorwackiej rodziny imigrantów? Nie ma sensu zanudzać, że w wieku 3 lat miał swój pierwszy „publiczny” występ na rodzinnej imprezie, że służył w wojsku i miał swoje telewizyjne show. No bo po co?

Zapamiętajcie po prostu – śpiewał przeważnie skoczne „amerykańskie disco polo country”, swoje pięć minut miał w latach ’50, stosował rzadko spotykany (?) przedziałek we włosach po prawej stronie i na pewno był mniej znany od znanych nam znanych.

Możecie to co wyżej zapisać. Ja pamiętam. Dzięki orzeszkom.

TOP lista Daltesty:

1. Singing the blues

2. Heartaches by the number

3. There’s a pawnshop on the corner

Reszta to skoczne piosnki typu Zip a dee doo dah (LOL WTF); The roving kind; My truly fair.

Ech, chciałoby się tak ze Zwieraczyskiem i Karrmelkiem wylądować na jednym z koncertów, pograć w tysiąca i wypić parę głębszych łyków truskawkowej oranżady… buttony ich blogów po prawej

Ma być szybciej

Z Warszawy do Gdańska [pociągiem – dop. dalt] pojedziemy krócej niż trzy godziny.

~ Treść artykułu na który wczoraj natrafiłem

Owa porażająca wieść zainspirowała mnie do wyjścia z domu. (sic!)

P1040047

I zrobienia zdjęć w jakości HD na potrzeby wpisu. Pralką.

Z pewnością większość ludzi nie będzie z tego powodu płakać, a wręcz przeciwnie – powie, że w końcu, że nareszcie. Nareszcie będziemy mogli nie tracić czasu na głupie siedzenie w niewygodnym fotelu wagonu mającego lat trzydzieści. Nie mylić z latami trzydziestymi. Najbardziej ucieszą się ci wszyscy, dla których przemieszczanie się z miejsca na miejsce to konieczność. Inni zrazu powiedzą, że nic takiego nie nastąpi i droga nad morze zajmie jak wcześniej około sześć godzin.

P1040059

Zielone światło dla zmian?

A dla mnie, kochani (jeśli oczywiście się to zdarzy – co do tego można mieć wątpliwości), jest to koniec czasów człowieka traktującego kilkuset kilometrową podróż jako nietuzinkową rozrywkę. To koniec czasów pociągów wyruszających o godzinie 22, aby podróżni korzystający z komfortu wagonu sypialnego rano wyszli na plażę półwyspu Helskiego. Osobiście bardzo lubię jeździć pociągiem. Nie ruszam się z miejsca a tyle mogę zobaczyć w jednej chwili! Teraz to się zmieni- widok z pędzącego dwieście kilometrów na godzinę pociągu nie zachęca do podziwiania widoków i pięknych barszczów sosnowskiego rosnących koło torów.

W każdym razie – jestem malkontentem.

A poza tym realistą – twierdzę, że długo poczekamy na owe „3 godziny”. A jeśli już to tylko wybrane pociągi osiągną pożądaną prędkość. A ja dalej będę mógł tłuc się godzinami nad morze. Hi hi.

Niestety, zaraz wyjeżdżam, wybaczcie koniec postu.

Na pocieszenie polecam zmienić „pik pik pik” w budziku na coś milszego. W końcu jak się obudzisz, taki będziesz markotny.

 

 

There is no time

Chcieliście wpis to macie! Grrrrr

Czy Wy też macie przeświadczenie, że musimy zrobić 5 rzeczy „na wczoraj” w czasie krótszym niż – dobre sobie – kilka godzin? Czy Wy też po wykonaniu obowiązków, po położeniu się spać po północy  słyszycie następnego dnia, że musicie zrobić na kolejny dzień 2 razy więcej rzeczy niż dziś i tak w kółko?

A więc obaj jesteśmy ofiarami postępu. Mamy coraz mniej czasu, coraz mniej pieniędzy do wydania i coraz więcej pracy. Ale czy rzeczywiście tak jest?

Prawda leży gdzieś po środku. Jeśli rzeczywiście miałbym nawał pracy to czy naprawdę muszę czytać zamieszczone tutaj wypociny? No właśnie! Sami tracimy czas na całkiem zbędne sprawy. Jeśli pomnożymy liczbę dni (356) przez – no powiedzmy – 70 (lat), to wyjdzie nam nie więcej niż 25 000 dni. Przerażające, prawda? Zawsze możemy coś zmienić. Jeżeli tylko zechcemy. Praktyka i doświadczenie jest bardzo ważne, daje nam ogólny ogląd na dane sytuacje, co nie znaczy, że możemy mieć złe paradygmaty. A w języku bardziej praktycznym – nie traćmy czasu na głupoty. Każdego dnia biegnijmy sześć kilometrów, jeśli wymagają od nas pięciu. Nie zostawiajmy niczego na ostatnią chwilę, co mamy zrobić dziś  róbmy teraz. To takie ogólne, pomijane, ale bardzo mądre zasady, które warunkują jak wyglądać będzie nasze codzienne życie.

Ale czy rzeczywiście to wszystko jest takie okropne? Z doświadczenia wiem, że jutro będę czuł niewypowiedzianą pustkę, bo przyszła sobota a ja nie mam co robić. No i właśnie – co tu porobić? Ano należy przebiec kolejny kilometr i wypełnić obowiązek następnego dnia. Paradoksalnie w ten sposób każdy kolejny dzień będzie milszy i zyskamy drogocenny czas.

No właśnie. I w jaki sposób wykorzystać ten dodatkowy czas? Zarywając nocki w Counter Strike’a? Co powiemy więc przed swoją śmiercią? Czy to będzie: „Kompletnie zmarnowałem te dni” albo „Żyłem jak zwierzę opierając się na najniższych instynktach” czy może „Przecież wczoraj miałem 20 lat”?

Oto mi właśnie chodzi. Nie możemy sobie pozwolić na zmarnowanie żadnej chwili. Co nie oznacza braku liczenia się z konsekwencjami wyborów, braku zastanowienia się. Nigdy nie można myśleć „Jestem pewien, że wybrałem dobrze, bo ktoś tak mówi, no i w ogóle to tak fajnie mi się wpasowuje w lekkie życie, ładnie to zabrzmiało”. O nie. Wtedy możemy być pewni, że wybieramy źle, że musimy poznać argumenty każdej strony i co ważniejsze zwrócić uwagę jak wygląda nasze życie i spróbować żyć inaczej. Zabrzmiało głęboko? Ale to najczystsza prawda i sposób na szczęśliwe życie. Wystarczy zobaczyć pewne zależności, zobaczyć jak wygląda nasze dotychczasowe życie i spróbować żyć jak człowiek. Zasadami. I tu nie mam na myśli żadnego powiązania z jakąkolwiek religią, choć nie można zaprzeczyć istotnego miejsca ich w np. Chrześcijaństwie :D. Otoż każdy psycholog powie, że trzeba w centrum życia postawić pewne zasady, nieprzekraczalne granice. Nie można opierać życia na rzeczach materialnych, bo kim będę jeśli wszystko stracę. Nie warto szukać zbędnej sławy, patrząc na „szczęśliwe” życie gwiazd i gwiazdek. Nie warto też opierać się bezgranicznie na drugim człowieku, bo możemy wylądować – tfu tfu, splunąć na szynę metra warszawskiego – na moście nad Wisłą – true story – daltesta is a witness. Możemy tak wyliczać bez końca, ale prawda jest taka, że człowiek bez celu w życiu zwariuje i znowu każdy psycholog to powie. No i co wtedy pod koniec życia powiemy. Splunięcie na szynę nic nie da, bo każdy kiedyś umrze.

Kończę swój wywód – opierający się na doświadczeniu – zabawnym akcentem. Otóż ktoś z Ameryki odwiedził mojego bloga. Czy napisałem kiedyś słowo „bomba” albo „al kaida”? 🙂

BTW: A propo tego wspaniałego kraju – ostatnio słyszałem, że pracodawca będzie musiał udostępniać mężczyznom damskie toalety, bo to dyskryminacja jeśli powiemy, że czujemy się kobietą.

Łech, cóż się z tym światem dzieje. No i właśnie chciałbym tego uniknąć patrząc dokąd zmierzamy.

2 lata, nie ma bata!

Nie-sa-mo-wi-te!

Wygląda na to, że równo 730 dni temu założyłem ten kącik w internetach! Co za szkoda, iż o 20:00 mam spotkanie przez odbiornik radiowy z Rafałem Ziemkiewiczem. No i co ja zmieszczę w tych nędznych kilkunastu minutach? Chyba tylko refleksję nad trwałością pamięci i nad tak zwanym czasem. Czas – pojęcie względne. Przynajmniej tak się na fizyce uczyliśmy, hej! Pojęcie względne, ponieważ dla jednego człowieka 15 minut siedzenia przed telewizorem to aż nadto a dla drugiego tyle co nic. Capische? Whatever?

To smutne, człowiek 5 dni pracuje potem ma 2 dni wolnego i tak w kółko. Przynajmniej tak ma większość ludzi z regularnym czasem pracy. A aby dostąpić tego zaszczytu, należy się ukierunkować pod względem talentów. Jeśli umiesz pisać – dlaczego nie zostać publicystą? Jesteś niezły z rzeczy ścisłych? Zostań konserwatorem powierzchni płaskich i wypukłych. Rzecz się sprowadza do tego, że ludzie mają predyspozycje, a to jak je wykorzystają rzutuje na pomyślność w życiu. A więc rozwijaj talenty i na miłość Boską nie graj non stop w CS-a 1.6!

Inaczej będziesz musiał kiedyś powiedzieć: tyle przegrać!

I już nie usłyszysz: The bomb has been plantedZa to sprawisz sobie życie nikłe i niezbyt rozwinięte.

Och, 10 lat to w końcu jedyne 3560 dni!

Czas ucieka, wieczność Ziemkiewicz czeka.

No i gdzie są życzenia, hę? Autor najlepszego tekstu dostąpi uścisku dłoni prezesa.

DLC ważniejsze od gry?

Rozmyślałem ostatnimi czasy czym właściwie jest DLC. Skokiem na kasę? Przedłużeniem podstawki?

No i przypomniałem sobie grę Train Simulator 2013. Pozwolicie, że w tak zwanym międzyczasie opublikuję listę dodatków do tej gry?

Nie słyszę głosów sprzeciwu…

1

Kupiłem ją na letniej wyprzedaży ze zniżką – 90%, czyli za 3,49 euro. Wtedy było to jeszcze TS2012, bowiem  użytkownicy posiadający wcześniejszą wersję dostają darmową aktualizację do nowszej.

Wtedy myślałem: ale fajnie! Lubię pociągi to sobie pojeżdżę!

Nie wiedziałem, że zawieszono mi przed nosem udziec indyczy na kiju….

Ale dlaczego?! – burzą się tłumy.

 

 

2

Ano dlatego, że jedyną funkcją tej gry to zapewnienie oprogramowania na dodatki i zachęcenie do kupna ich. Seriously, w podstawce jest zaledwie kilka tras, no nie tak mało, ale we większości tego typu gier jest ich znacznie więcej. Grając człowiek nie jest zadowolony. Myśli sobie o tych DLC po prawej stronie. Chciałby je mieć. Są o niebo ciekawsze od standardowych lokomotyw.

 

Interesujący chwyt twórców. Patrzyłem czy ludzie kupują te dodatki i rzeczywiście, haczyk łapie!

 

3

 

Gdyby wszystkie te trasy umieścić w grze, studio zarobiłoby znacznie mniej pieniędzy. Robiąc dodatki człowiek może sobie wybierać i kupować jak w lumpeksie. Tutaj same dodatki są grą.

Inna sprawa to Activi$ion. Tam DLC produkuje się po to, aby wycisnąć z gry jak najwięcej. Podobnie jak sprawa Falloutów, właściwie tam standardowo robione są cztery dodatki do kupienia. Nie mam im nic do zarzucenia, wszakże spędziłem przy produkcjach Bethesdy naprawdę wiele godzin. CoDy to zaledwie kilka godzin gry dla jednej osoby a reszta to multiplayer.

 

Mógłbym jeszcze dać masę screenów. Ale po co? Może wystarczy zamieścić pasek, by uświadomić ilość dodatków? W tym miejscu jesteśmy:

4

 

W ten sposób widzimy, że czasem DLC może być ważniejsze od samej gry…

 

Przyszłość widziana oczyma mas

800px-GM_FuturLiner_at_Flint_2011

Co to ma być?!

Ano General Motors Futurliner!

Pewien program telewizyjny i pośrednio Guy Mitchell zainspirował mnie do powrotu na bloga…

Otóż w drugiej połowie dwudziestego wieku w Ameryce ludzie zaczęli rozmyślać jaki to los ich spotka. No ale nie do końca, nie na sposób filozoficzny, lecz tworząc różne ciekawe cuda wianki typu Star Trek i i propagując nowinki techniczne. W tych latach również w Roswell rozbił się Die Glocke albo jak kto woli balon meteorologiczny. No i powstał na przykład taki autobus widoczny wyżej. Nie był to stricte autobus, bo służył raczej jako ciężarówka. Każdy taki samochód wyposażony był w środku w wystawę na określony temat a przeszkolony (z technik indoktrynacji? :D) pracownik General Motors opowiadał o konkretnej nowince technicznej. Były kuchenki mikrofalowe, telewizor, sprzęt stereo, być może nawet płyty winylowe wchodzące dopiero na rynek zastępując płyty szelakowe. Futurliner nigdy nie miał trafić do masowej produkcji, służył wyłącznie do kryptoreklamy produktów GM podczas tzw. „Parady postępu”.

800px-Futureliner05

Ładne, C’nie? Mnie też się podoba. Nawet w grze Team Fortress nawiązano do tych szalonych lat dodając chociażby Prawego Bizona. Znajdziemy też pochodzące z tego okresu ciekawe reklamy, które możecie zobaczyć o tutaj.  Dobrym przykładem jest reklama pt. „RCA Transistors Run Electronic Car of Tomorrow (1964)”. Podsumowując: kultura tamtych czasów przepełniona jest słowem „future”. Jeśli jesteście spragnieni historii współczesnej, polecam ciekawy program „Tajemnicze samochody”. Nie pamiętam gdzie go emitują, ale na pewno znajdziecie 😀

Stosunkowo niedawno oglądałem Powrót do przyszłości część II. Film pochodzi sprzed 1990, ale jest jak Lenin – wiecznie żywy. Marty przenosi się do roku 2015. Oczywiście scenarzysta musiał wykreować przyszłość, bo przecież nikt nie wie jaki będzie ona miała kształt. Na talerz więc podał nam latające samochody (jakie to płytkie), drzwi otwierane przyciskiem i tego typu niezbyt oryginalne pomysły. Więc jaka będzie przyszłość? Bo ja wiem? Wiem, że nic nie wiem. No oprócz tego, że nikt nie jest w stanie przewidzieć czy jutro ktoś nie wynajdzie latających deskorolek.

A co tam na blogu?

No tak, skoro ja już w ogóle prawie nie piszę o Valve to na kija mam takie tło?! A na Steam – gdyby ktoś nie wiedział – trwają wielkie promocje, nabyłem sobie dziś Deus Exa za 1,85 ojro. Za 5,24 euro można kupić na przykład Batman Arkham City GOTY Edition. 🙂

Poza tym założyłem sobie twittera (lololo)

Co się działo z Reprise i Vogue Records w drugiej połowie XX w.?

Kiedyś wspominałem o amerykańskiej wytwórni płyt analogowych z Ameryki, na których umieszczano grafikę odnoszącą się do nagranego utworu. Przeglądam sobie co jakiś czas mój ulubiony sklep z winylami. No i niedawno natrafiłem przypadkiem na album, którego producentem była wspomniana wyżej wytwórnia.

TA

Vogue Records zamknięto w 1947 roku. W tym samym roku we Francji powstała firma pod nazwą Disques Vogue, ufundowana przez niejakiego Léon Cabat’a i Charles Delaunay’a. Specjalizowała się  (podobnie jak pierwowzór) w nagraniach jazzowych, jednak produkowała płyty z polichlorku winylu. Wkrótce znalazł się dystrybutor Disques Vogue na rynek angielski, Pye Records. No i ja właśnie znalazłem angielski krążek z 1960 roku, z napisem Vogue Jazz. Aktualnie ich label – jeśli można to tak nazwać – należy do katalogu Sony BMG Music Entertainment.

Tak więc cieszcie się bo… Vogue Records istnieje. W pewien sposób. Jak kiedyś kupię ich płytę to dam znać i pokażę.

A ja tymczasem znalazłem label Reprise Records niespotykanie podobny do koloru ścian w moim pokoju.

P1030204

A z Reprise Records też wiąże się ciekawa historia. Frank Sinatra miał kontrakt płytowy na wiele lat z Capitol Records. Chciał uzyskać więcej wolności, więc zaraz po skończeniu się kontraktu założył swoją własną wytwórnię. Tak cieszył się z uzyskanej niezależności, że nagrał wraz z orkiestrą Reprise piosenkę trwającą kilkanaście sekund, w którym jedyny tekst to powtarzające się słowa „Ring-a-Ding-Ding!”. Tak też nazwał pierwszy album swojej firmy. W 1963 swoją własność sprzedał firmie Warner Bros.

Porównajcie sobie label za czasów Sinatry i Warner Bros…

Reprise_Label_Tricolor_KinksReprise_Label_Red_Young

Powiedziałbym, że pierwotny wzór nie śmiałbym porównywać do drugiego. Gdzie tu poczucie estetyki? W pierwszym można sobie chociażby pooglądać parowiec, drugi jest prawie że nieczytelny…

No cóż… To chyba byłoby na tyle. Wstawiłbym coś, ale mi się nie chce 😉

Zdjęcia pochodzą z Wikipedii